Instagram


 

DLACZEGO SUGAR RUSH???

 


Będąc studentką, spędziłam kilka miesięcy pracując w San Francisco. Byłam kelnerką w amerykańskiej pizzerii, z prawdziwą włoską pizzą serwowaną przez egipskiego kucharza wśród innych kelnerek, głównie amerykańskich Azjatek. Jak to w San Francisco... Ale nie o tym ta historia... Ponieważ mój wyjazd do USA, przy absolutnie zerowym poziomie pewności siebie, przebojowości i wiary w swoje możliwości, był niemalże targnięciem się na swoje życie, każdego dnia przeżywałam ogromne emocje. Nie chodziło o brak samodzielności, ale o świadomość, że teraz ta cała samodzielność to tak na serio... No więc starałam się dojrzale przeżywać każdy dzień, pracując sumiennie, ogarniając to i owo, tak po "dorosłemu".

 

Na parterze hotelu, w którym mieszkałam, młody Hindus prowadził maleńki sklepik spożywczy. Bardzo często, wykończona po pracy, nie mając siły jechać za miasto do większego supermarketu, tam kupowałam podstawowe produkty. Hindus nie miał zbyt dużego ruchu w swoim sklepie, dlatego ilekroć się pojawiałam, zagadywał, wypytywał, opowiadał... Aż pewnego dnia, po bardzo ciężkim dniu, wielu godzinach na nogach, weszłam do jego sklepu i ... zapomniałam po co przyszłam. Hindus wyraźnie uradowany moją bezradnością, zagadał - co? sugar rush? i pospiesznie wetknął mi w dłonie wielkie, amerykańskie pudło lodów o smaku ciasteczkowym (chyba najlepsze lody jakie kiedykolwiek i gdziekolwiek jadłam :)), dołożył do tego paczkę ciasta z nadzieniem jabłkowym i galon mleka! Oszołomiona  nie zaprotestowałam. Faktycznie, jabłkowe ciacho, lody i mleko to było to, czego tego dnia potrzebowałam ha ha... Od tego dnia, Hindus wyraźnie się zmienił. Przybierał pewną siebie pozę jak tylko pojawiałam się w progu sklepu. Obsługiwał mnie jak mentor. Opiekun duchowy. Z wyższością :) Poznał przecież w końcu tajniki mojej osobowości, jej problemy, a przede wszystkim wiedział jak im zaradzić! Ilekroć zdarzyło mi się zbyt długo przyglądać regałom z produktami, albo, nie daj boże, zastanawiać się nad tym czego potrzebuję, zaraz padało hasło- co? sugar rush?

 

Nie ukrywam, że trochę mnie to irytowało... Zaczęłam unikać hindusowego sklepu, po czym mój pobyt w San Francisco dobiegł końca i nie miałam więcej okazji być poratowana wszechmocnym, amerykańskim sposobem na bolączki wszelakie. W hinduskim wydaniu. Jak to w San Francisco... Choć jak widać, historię tę wspominam po latach z rozrzewnieniem.

 

Jak już pisałam wcześniej, byłam wtedy studentką. Studiowałam psychologię i wszelkie przejawy tzw. naiwnej próby pomocy oburzały mnie, uderzały w moje poczucie profesjonalizmu. Uważałam, że radzenie sobie po swojemu z problemami odziera mnie, przyszłego specjalistę w pomaganiu z godności :)

 

Wśród psychologów krąży taki dowcip:

 

Na ulicy spotyka się dwóch mężczyzn.

Jeden z nich macha we wszystkie strony rękami, jakby próbował coś przepędzić.

Na co drugi go pyta:

- Co robisz?

- Odganiam smoki, odpowiada tamten.

- Ale przecież tu nie ma żadnych smoków!

- Aaa no widzisz jak to dobrze działa!!!

 

Od czasów kiedy byłam studentką minęło już ponad 12 lat... Jak się domyślacie, życie zweryfikowało moją butną postawę. Doświadczenie zawodowe, spotkani ludzie, własne życie, trójka dzieci - to wszystko nauczyło mnie pokory i szacunku wobec tego jak można radzić sobie z trudnymi sytuacjami, dramatami życiowymi, ogromnymi problemami. Większość z nas każdego dnia musi sprostać wyzwaniom, które nie pozostają obojętne dla naszego samopoczucia, zdrowia. I dziś już wiem, że ta, tak zwana psychologia naiwna, ma również ogromną moc, a zaspokojony "sugar rush" może być jedynym dostępnym sposobem, żeby nie zwariować.

 

Niebawem moja najmłodsza córka pójdzie do przedszkola. A ja wrócę do pracy. Zanim jednak to nastąpi, postanowiłam założyć blog. Nie o macieżyństwie, lifestylu czy modzie. Ale o tym, co bardzo kocham, a co musiało zejść na drugi plan, gdy postanowiłam być pełnowymiarową mamą. O mojej zawodowej pasji, którą być może uda mi się pokazać w zupełnie inny sposób. Taki mój. Także, hmmm, zapraszam Was do świata Sugar Rush :)

 

A na Instagramie, Facebooku i Snapie możecie podglądać nas prywatnie ;)